Sałatka Eli :)

Zachciało mi się dzisiaj sałatki, a więc, to co miałam – wymieszałam. Wyszła mi kompletna improwizacja.

Tak więc:

- Ugotowałam 5 średnich ziemniaków w łupinkach.

- Miałam groszek z marchewką, puszkę kukurydzy, puszkę czerwonej fasoli.

- Pokrojone w kostkę ziemniaki wymieszałam więc z powyższymi składnikami.

- Dodałam dwie garście zielonego koperku.

- Przez praskę przecisnęłam 4 ząbki czosnku.

- Pokroiłam w kostkę kiszone ogórki.

Wymieszałam to wszystko z majonezem i już!

Czas wykonania jakieś 20 minut. 

Wyszło inaczej, ale pysznie. Polecam.:)

Print Friendly

Kobieto poroniłaś? Poznaj swoje prawa!

Hipokryzja wielkości Himalajów!

Rozgorzała znowu awantura światopoglądowa w Polsce w temacie aborcja i in vitro.

Po raz kolejny temat jest w mediach i na ustach tysięcy kobiet, ale także mężczyzn i to w wieku znacznie starszym i kościoła.

Duchowni i politycy PiS chcą wpływać na decyzję kobiety, bo życie zaczyna się wg. nich od chwili połączenia się dwóch komórek.

Jeśli życie zaczyna się od tej chwili, to dlaczego poronione płody wrzuca się do ścieków, albo niehumanitarnie utylizuje?

Dlaczego kobieta po poronieniu nie jest informowana, że ma prawo do pochówku poronionego płodu? Nie zostaje informowana, bo trzeba wypisać akt zgonu i trzeba wskazać miejsce pochówku.

Jak jest?

Znalazłam bloga, który pisze prawniczka na macierzyńskim i proszę bardzo!

Poronienie a prawo do pochówku.

Ostatnio otrzymałam pytanie co zrobić z martwym dzieckiem w przypadku przedwczesnego zakończenia ciąży.

Temat na tyle ważny, że mimo pewnych osobistych oporów zdecydowałam się go poruszyć.
Smutny listopad jest do tego w sam raz.

Większość kobiet, które nie donosiły ciąży nie lubi słowa „poronienie”.

Ja też go nie lubię.

Kobiety, które noszą taką stratę w sercu, pocieszają się, że ich aniołki tak naprawdę nie odeszły, tylko zmieniły datę urodzin.

W wielu przypadkach zajdą w kolejną ciążę i stwierdzą, że ich dziecko po prostu zrobiło sobie „restart”.

Zgodzić się trzeba, że jest to koncepcja niezwykle budująca.

Kobieta musi być twarda

W przypadku przedwczesnego zakończenia ciąży kobiecie w polskich warunkach szpitalno-mentalnych naprawdę nie jest lekko. Panuje totalna znieczulica w tym zakresie. Dlaczego?

Bo takich jak ty, mamy tu kilka dziennie.

Kobietę taką kieruje się na oddział, na którym razem z nią leżą inne ciężarówki, które do rozwiązania ciąży mają po kilka dni. Ich widok naprawdę nie jest niczym pożądanym dla matki, która właśnie się dowiedziała, że dziecko, które nosi w swoim łonie jest już martwe.

Kobiecie takiej nie proponuje się żadnych środków przeciwbólowych, tylko wmawia niezgodnie z prawdą, że poronienie nie ma prawa jej boleć.

Kobiety takiej nie próbuje się też w żaden sposób podtrzymać na duchu. Nie przekazuje się nawet podstawowych informacji o placówkach, w których mogłaby uzyskać wsparcie psychologiczne.

A przecież można by to zrobić, bo to nic nie kosztuje i naprawdę nie wymaga żadnej zmiany prawa.

Znieczulica jest do tego stopnia ogromna, że w trakcie zabiegu pielęgniarki z lekarzem (przed podaniem narkozy), nie zważając na taką kobietę, potrafią gawędzić sobie radośnie o znakomitym przebiegu ciąży żony pana doktora.

To w sferze mentalno-etycznej służby zdrowia.

A co słychać w sferze prawnej?

Jeszcze kilka lat temu, gdy kobieta urodziła przedwcześnie dziecko, tj. przed końcem 22 tygodnia ciąży nikt nie pytał jej jaki ma stosunek do urodzonego dziecka/płodu i czy chciałaby je pochować.

Dziś jest już na to przepis. Jest prawo. Jej prawo do wyboru.

Na skutek petycji składanych przez m.in. Stowarzyszenie Rodziców po Poronieniu oraz rodziców z organizacji „Dlaczego” (rodzice po stracie i rodzice dzieci chorych) w 2007 roku Ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych z 1959 roku została zmieniona w ten sposób, że dodano przepis, zgodnie z którym możliwe jest zorganizowanie pogrzebu dla dziecka martwo urodzonego, bez względu na czas trwania ciąży, wagę płodu, czy jego rozmiar. W tym celu należy zadbać o to, aby wydano kartę zgonu, o którą mogą się ubiegać tzw. osoby uprawnione.

Pamiętacie kategorie krewnych uprawnionych, o których pisałam przy okazji Prawa do ekshumacji? Znajdują one zastosowanie także w przypadku decyzji pochówku dziecka urodzonego przedwcześnie.

Ok. doczekaliśmy się przepisu – super! Ale czy jest on stosowany w praktyce tak jak należy?

Ze skrajności w skrajność

Szpitale reprezentują zasadniczo 3 skrajne postawy:

1.    Przemilczymy twoje prawo do pochówku

W wielu szpitalach lekarze po prostu nie informują kobiet o istnieniu takiego prawa. One z kolei nie pytają, bo są w szoku i do głowy im nie przyjdzie, że oprócz tego dramatu są jeszcze jakieś kwestie prawne.

Martwa ciąża, poronienie, zabieg. Dziękuję i po sprawie. Każdy się rozchodzi do domu. Tak jest najprościej i najszybciej.

2.    Utrudnimy ci je

Znane są przypadki, w których odmawiano wydawania kart zgonu. Niedoszli rodzice musieli wręcz walczyć ze szpitalem o to, by wydał ciało dziecka oraz odpowiednie dokumenty umożliwiające jego pochówek.

3.    ”Wylejemy dziecko z kąpielą”, tj. chciałyście takie prawo, to proszę bardzo – weźcie sobie „to” do … domu

Wyobraźcie sobie, że dochodziło do takich sytuacji, w których matki, które dopiero co przeżyły ten cały dramat, w szpitalach informowano, że płód należy koniecznie zabrać. Jak? – pytały. W jakimś woreczku? A co potem? Nadać imię? Wyprawić pogrzeb?

Czy matka powinna sama pochować dziecko urodzone przedwcześnie?

Są takie matki, które chcą to zrobić i w ogóle się nad tym nie zastanawiają.Dziecku, jakie małe by ono nie było, należy się szacunek i godne odejście – twierdzą. Organizują pogrzeb, zamawiają pomnik i mają potem swoje miejsce kultu. Jeśli im to potrzebne, to chyba powinny. Ale tylko z moralnego punktu widzenia.

W przypadku poronienia w pierwszych tygodniach ciąży często w praktyce mamy do czynienia z martwymi tkankami. Tkanki te nie przypominają żadnej postaci, a co dopiero dziecka. Są więc i takie kobiety, i ich koncepcja, jest mi zdecydowanie bliższa, które uważają, że stawianie pomnika, późniejsza opieka nad grobem w takim przypadku to iście masochistyczne posunięcie.

Niemniej na pewno powinny mieć możliwość podjęcia w tym względzie samodzielnej decyzji.

Prawo to nie to samo co obowiązek

Drogie kobiety, niezależnie od tego, jakie macie zdanie w tym temacie wiedzcie, że uprawnienie do czegoś to nie to samo, co obowiązek.

Przepisy stworzyły matkom prawo do pochówku, ale nie nałożyły na nie obowiązku. Zgodnie z ustawą o cmentarzach i chowaniu zmarłych, w przypadku gdy ani ona, ani dalsi krewni nie zajmą się pogrzebem wyręczy ich w tym gmina i żadnej łaski nie robi, a jeśli jest to poronienie na bardzo wczesnym etapie – zrobi to szpital.


http://prawnik-na-macierzynskim.blog.pl/2013/11/20/poronienie/

Print Friendly

Zrobiłam karierę, a mąż został w domu z dzieckiem. Przestał być dla mnie atrakcyjny, brakuje mi faceta…

Fot: pixabay/Tamino5/CC0 Public Domain

Czytając ten felieton doszłam do wniosku, że kobiety w PRL-u, które miały rodziny i dzieci, były bohaterkami!

Czasami, gdy patrzę na takie kobiety, mam wrażenie, że wszystko, co mam na sobie, mnie uwiera. Ona piękna, ubranie leży na niej, jakby sama przed chwilą zeszła z wybiegu. Włosy, makijaż, paznokcie, torebka, buty, idealne. „Może przyszła na spotkanie zaraz po sesji zdjęciowej?” – zastanawiam się i czuję, jak moje dżinsy i trampki nie pasują do siebie, jak włosy nagle same się potargały, a koszula wygniotła. „Na pewno zjadłam szminkę!” – myślę, zaciskając wargi. Ale to, jak ona wygląda i jak jest ubrana, nie ma nic wspólnego z tym, co czuje w środku. Jej historia jest w gruncie rzeczy smutna.

 

Magda, Manager Projektu, matka, żona:
Oboje dopiero zaczynaliśmy swoje kariery. Byliśmy ambitni. On grafik w dużej firmie, ja w dziale reklamy w jeszcze większej. Szybko awansowałam Managerem Projektu. Firma się rozwijała na naszym rynku, wyznaczała nowe kierunki i miałam tym wszystkim pokierować, opracować strategię, dopilnować realizacji. Prawdziwe wyzwanie! Ale zaszłam w ciążę. Wszystko naraz. Szef zachwycony nie był, ale zapewniłam go, że jakoś to zorganizuję. I zorganizowałam. Przez chwilę koordynowałam wszystko z domu, potem wróciłam. 

„Co powiesz, żebyś to ty został w domu z dzieckiem? A ja będę pracowała?” – zapytałam, gdy już uczciliśmy mój awans. Wszystko sobie obmyśliłam. Nie chcieliśmy niani, a babci pod bokiem nie było. Ułożyłam plan: zostanę dwa miesiące z synkiem, będę koordynowała część zadań zdalnie, a on, mój mąż, w ogóle zacznie pracować z domu. Przecież jest grafikiem?! To wolny zawód, bardziej elastyczny, nie musi siedzieć na miejscu w firmie. Poza tym ja przecież już wtedy więcej zarabiałam! To zawsze jest główny argument, przynajmniej z punktu widzenia mężczyzny.

 

Decyzja nie była łatwa 
Przede wszystkim dla niego. Tym bardziej go podziwiałam. Myślałam: „To prawdziwy mężczyzna, nie boi się, że będą mówili „pantoflarz” i śmiali się za jego plecami.” Bo gadają. Nie oszukujmy się. Partnerstwo i równouprawnienie w pełnym wymiarze jest akceptowalne tylko na papierze. Mentalność ludzką zmienia się latami, a może pokoleniami. 

Siedzisz w domu? Jesteś leniwą kurą domową! Pracujesz, robisz karierę, dobrze zarabiasz? Jesteś suką, która zostawia swoje dziecko i jeszcze nie dba o męża. A on, biedny w domu z dzieckiem. Biedny?! Bo musi siedzieć z własnym dzieckiem?!

Ale on też nie ma łatwo. Z jednej strony jest podziwiany przez inne kobiety, że ze mną wytrzymuje, a ja go nie doceniam i tak go upodliłam. Z drugiej patrzą jednak podejrzliwie: „Nieudacznik?!” Faceci, to już zupełnie inna bajka. Uważają, że dał się wpędzić w bagno. „Co z niego za facet? Gdzie ma jaja?”. U mnie w firmie mówią na niego „tatusiek”. Poprawiałam ich, ale z czasem przestałam. 

Wróciłam do pracy po niecałym miesiącu. Do tego czasu mąż rozwijał swoją działalność, zdobywał klientów, których mógłby potem prowadzić, gdy już zacznę z powrotem pracować. Z firmą się nie dogadał, oni chcieli kogoś na miejscu. 

Siedzenie w domu? Nie dla mnie 
Kocham synka, ale te domowe obowiązki mnie przygnębiały. Syzyfowa praca. Wychodzenie na spacery, na plac zabaw, spotykanie innych mam z wózkami, a każda wygłodniała „dorosłego towarzystwa”. Obłęd. „A czy twój podnosi już główkę? Czy się przekręca na bok?” – myślałam – „Co to za panika! Jak przyjdzie czas, to się przekręci, podniesie i pójdzie. Nad czym tu debatować?” W ciąży czytałam książki poradnikowe. Te najbardziej popularne i inne, naukowe. Jestem chyba bardziej analityczna i do wszystkiego podchodzę zadaniowo, do wszystkiego się przygotowuję. Może jednak jestem zimną suką? Ale dlaczego? Bo się nie rozczulam? Kocham syna. Gdy wracam z pracy, nie schodzi mi z kolan. To ja czytam mu bajki.

A mąż? No właśnie. Tu coś się zmieniło. Według całego otoczenia zostałam suką, bo zamiast wziąć się za wychowywanie dziecka, poszłam do pracy i „zaprzęgłam do garów” męża. Wiele rzeczy usłyszałam na ten temat, zwłaszcza od najbliższej rodziny. Ale nie to było dla mnie najgorsze. Najgorsze było to, że moje uczucia się zmieniły. Zaczęłam postrzegać mojego męża rzeczywiście w kategorii nieudacznika, zwłaszcza, gdy przychodziłam zmęczona, on marudził, że tak późno. Wtedy miałam ochotę powiedzieć, że tylko ja w tym domu pracuję, utrzymuję wszystkich, więc nie ma prawa komentować. Znasz to? Rozmawiam z kolegami z pracy, też tak mają, tylko z żonami.

Brakuje mi FACETA
Ta zamiana ról jest ok. On jest świetnym ojcem, ale ja naprawdę zaczęłam patrzeć na niego inaczej. Imponuje mi swoim spokojem, cierpliwością (ja jej nie mam tyle) i w sumie odwagą, którą miał, decydując się zostać w domu. Ale z drugiej strony brakuje mi FACETA. W łóżku jest jakoś tak …(milczy) szybko. Jakby każdy śpieszył się po swój orgazm. Jemu ta sytuacja chyba też ciąży, bo mało pracuje. Mówi, że nie ma czasu. Może jak mały pójdzie do przedszkola. Może jednak niania? 

Wymagamy od mężczyzn, żeby byli silni, męscy, zaradni, twardzi, zarabiali pieniądze, imponowali wiedzą, potrafili w domu wszystko nareperować i jeszcze żeby byli wrażliwi, pomocni, troskliwi, zajmowali się dzieckiem i domem. Nie bali żadnej z tych ról. Chcemy, żeby zostawali w domu gotowali, karmili, prali, przewijali, a potem znowu nam źle. Ale to działa też w drugą stronę. Oni chcą, żebyśmy my były piękne, zadbane, wysportowane, „zawsze gotowe” i dom, żeby był czysty, dzieci najedzone, obiad ugotowany, zakupy zrobione i chleb upieczony. Dlaczego my tego wszystkiego od siebie wymagamy nawzajem?

Nie rozmawiamy z mężem o tym, jak jest. To jest najgorsze. Boję się, że powie, że ma dość. Nie chcę oddawać synka jakiejś obcej kobiecie pod opiekę, a z polecenia nie mam nikogo. Już podpytywałam. Psuje się między nami. Rozmawiamy coraz rzadziej, seks jest coraz rzadziej. On chyba czuje się niedowartościowany, ja nie robię nic, żeby czuł się inaczej. Musimy porozmawiać. Wiem o tym. Teraz to wiem.


http://mamadu.pl/

Print Friendly

„Wichry namiętności” – to film arcydzieło!

„Wichry namiętności” postanowiłam dzisiaj obejrzeć z przepięknym Bradem Pittem – jeszcze młodym aktorem, ale już z doskonałym warsztatem aktorskim.

„Wichry namiętności” zostały zrealizowane w 1994 roku, ale film nie stracił ani grama na wartości, a kiedy przeczytałam w sieci komentarz widza, to czym prędzej odpaliłam ten film.

Przeczytajcie, a ja gorąco namawiam na dwie godziny doskonałego filmu, który pokuszę się określić arcydziełem.

- gość

Widziałem Lot nad kukułczym gniazdem, Ojca Chrzestnego, Dawno temu w Ameryce, Chłopców z ferainy, Forresta Gumpa, Tańczącego z Wilkami, Ostatniego Mohikanina, Podziemny Krąg, Rain Mana, Leona Zawodowca, Wściekłego Byka, Zapach Kobiety, Zieloną Milę, Skazanych na Shawshank, Gladiatora, Bravehearta, Przeminęło z Wiatrem i wiele innych filmów uchodzących za klasykę, i będących kultowymi w swych gatunkach. Niemniej żaden z tych filmów nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak WICHRY NAMIĘTNOŚCI. Dla mnie Wichry Namiętności to powinien być zdecydowanie numer 1 na liście top filmów.

Film dosłownie miażdży w każdym calu. Wspaniała muzyka, wspaniała gra aktorska, scenariusz, scenografia – najpiękniejsza jaką kiedykolwiek widziałem w filmie, sama fabuła. To jak pięknie ukazana są relację między braćmi, synami a ojcem, braćmi i Susannah, te kontrasty osobowości każdego bohatera…niesamowite po prostu. Cały, cały film absolutnie jest genialny, nie ma żadnego słabego punktu. Dla mnie jest to absolutnie Arcydzieło i najlepszy film w historii kina – nie widziałem wszystkich, ale widziałem te najlepsze, więc śmiało mogę użyć tego odważnego stwierdzenia.

Kocham ten film całym serduchem

 

Początek XX wieku. Pułkownik William Ludlow (Anthony Hopkins) – nie godząc się ze sposobem, w jaki traktuje się Indian – występuje z wojska i wraz z trzema synami osiedla się na położonym na odludziu ranczu w stanie Montana. Każdy z braci ma zupełnie inny charakter. Najstarszy Alfred (Aidan Quinn) jest spokojny i opanowany, Tristan (Brad Pitt) to nieokrzesany buntownik i niespokojny duch, zaś najmłodszy Samuel (Henry Thomas) jest wrażliwym idealistą. Ostatni z nich zaręcza się z piękną i inteligentną Susannah (Julia Ormond). Gdy wybucha I wojna światowa, wszyscy trzej młodzi mężczyźni – wbrew woli ojca – zaciągają się do armii. Samuel ginie podczas walk we Francji. Wówczas o względy jego ukochanej zaczyna się starać Alfred, lecz dziewczyna odrzuca jego oświadczyny. Zostaje kochanką Tristana, lecz rozstają się, gdy opuszcza on dom. Tymczasem Alfred robi karierę polityczną. Zdobywa fortunę i rękę Susannah. Ojciec potępia go jednak za to, że wyrzekł się ideałów. Podziwia natomiast Tristana za jego upór i dążenie do niezależności.

 

 

 

 

 

Print Friendly

To tylko pies, tak mówisz tylko pies, a ja Ci powiem, że pies to czasem więcej jest niż człowiek -

Zawsze mieliśmy w domu pieska. Tak się składało, że były to zwierzaki opuszczone i bezdomne. Ratowaliśmy je od ludzkiej nienawiści do zwierząt i wszystkie oddały nam za to wielkie pokłady miłości.

Koksiu, śliczny kundelek został przygarnięty, bo wałęsał się przy szpitalu, gdyż ktoś go wyrzucił z domu. Ludzie karmili go kanapkami, ale nikt go nie chciał wziąć do domu. Znajomy nam powiedział, że jest taki piesek i bez namysłu Mąż z Córką po niego pojechali do innego miasta. Był z nami 10 lat, ale w pewnym momencie serce odmówiło mu posłuszeństwa i konał przy mnie na łóżku. Pamiętam ten moment, kiedy lekarz powziął decyzję o uśpieniu naszego pupila.

Drugi piesek miał na imię Pagaj i uciekł od właściciela, który nie bardzo nim się zajmował. To był typowy turysta i kiedy Córka raz go wpuściła do domu i nakarmiła, tak został u nas na 5 lat. Nie był młody i kiedy dostał raka skóry, to niestety, ale i tego trzeba było uśpić z wielkim bólem.

Nie chciałam więcej mieć psa, bo za bardzo przeżyłam odejście tamtych, ale minęły 3 lata i znowu ktoś nam powiedział, że na budowie hotelu w naszym mieście błąka się śliczna, czarna sunia, którą robotnicy bardzo źle traktują. Ktoś ją wziął ze schroniska i porzucił. Mamy wszyscy miękkie serce i zwabiliśmy ją jedzeniem, choć sprytnie się ukrywała, gdyż była bardzo nieufna w stosunku do ludzi.

Bardzo długo walczyliśmy o jej zaufanie. Chowała się we wszystkie kąty w domu i drżała z niepokoju. Musieliśmy długo nad nią pracować i tak po dłuższym czasie nas pokochała.

Nam zaufała, ale nigdy już nie zaufała obcym ludziom, a nasz dom stał się dla niej kryjówką przed obcymi.

Za nic nie załatwiła się na osiedlu i trzeba ją do dzisiaj wywozić na pole, gdzie nie ma ludzi i dopiero tam czuje się jak ryba w wodzie i tak minęło ponad dziesięć lat. Tu ukłony dla mojego Męża, który znosi pokornie jej fanaberie i wozi ją z dala od miasta, by się wyhasała i goniła za kijem.

Tylko, że lata minęły i my się zestarzeliśmy, ale i sunia nasza Diana też.

Jakieś 9 lat temu zabraliśmy ją w wycieczkę do lasu. Za nami przyjechała moja, nielubiana znajoma i się pochwaliła swoim, rasowym psem. Wypuściła go z samochodu i ten poszedł w las. Nasza młoda sunia pobiegła z impetem za tamtym i nie wiadomo jak to się stało, ale uderzyła bokiem w wielką kłodę drzewa i padła. Wówczas nazwałam tą znajomą czarownicą. Dlaczego jej nie lubiłam? Dlatego, że miała każde dziecko z innym i panoszyła się jakby nigdy nic, choć jedno dziecko miała z żonatym mężczyzną

Trzeba było naszego psa zawieźć na operację, która na tamte czasy była bardzo droga. Weterynarz naprawił jej łapę i ku naszej uciesze sunia wróciła do zdrowia.

Znowu mogła hasać po polach i cieszyć się swobodą. Znów mogła biec za kijem i robić wykopy w norach myszy. Była szczęśliwa, aż do pewnego momentu.

Dwa tygodnie temu, nasza staruszka chciała się popisać witalnością i wyskoczyła z samochodu. Kontuzja się odnowiła i teraz patrzę na nią z wielkim bólem, bo lewa, tylna łapa – ta operowana idzie jej do środka, pod brzuch i niestety, ale ją nosimy.

Ja noszę ją z pokoju, do pokoju, a Mąż nosi ją do samochodu, by wywieźć ją na pole, by się załatwiła.

Patrzę na swojego przyjaciela z wielkim smutkiem, bo mimo leczenia, mocnych zastrzyków, tabletek nie bardzo się jej poprawia.

Myślę, że kontuzja z racji wieku już nie jest operacyjna, ale wciąż mam nadzieję, że to leczenie jej ulży w cierpieniu.

Widzę ten smutek w jej oczach, kiedy nie ma siły już mi przynieść swojej zabawki. Nie ma sił stać przy misce, by się najeść i napić. Wszytko podstawiamy jej pod nos, a Ona leży godzinami w jednym miejscu i patrzy na mnie ze smutkiem w oczach, jakby chciała powiedzieć  - pomóż mi!

Nie wiem co dalej!

Jeśli leczenie nie przyniesie efektów, to…..?

Będzie to nasz ostatni pies w naszym domu, bo oboje się starzejmy i mam nadzieję, że na naszej drodze już nie stanie żadne poranione zwierzę! Nigdy nie wiadomo!

Print Friendly

Chcę wiedzieć od autorytetów, a nie od paniuś z ondulacją na głowie i panów zaczadzonych hipokryzją!

Dębski: Prowadziłem ciążę po in vitro w rodzinie biskupa. Jak to ich dotyczy, nagle zmieniają poglądy

Michał Gostkiewicz
- Według konserwatystów matka ma być worem na urodzenie zapłodnionej komórki jajowej. Chronią komórkę, zapominają o prawach kobiety – tak ginekolog prof. Romuald Dębski kwituje projekt zaostrzenia ustawy aborcyjnej.

Jadąc do pana pomyślałem sobie tak: dwóch facetów będzie gadać o tym, że inni faceci chcą ograniczyć prawa kobiet. Znowu.

- Zgadza się. A kobiety w wieku rozrodczym mają najmniej do powiedzenia. To, co leży w Sejmie - projekt zaostrzenia przepisów aborcyjnych – to jest ograniczenie ich praw. Forsują je ludzie, których to osobiście nigdy nie dotyczyło albo już nie dotyczy.

To znaczy?

- W skład ruchów pro-life wchodzą – według mojej oceny – w ogromnej mierze mężczyźni i panie, które już nie będą rodzić. W pewnym programie telewizyjnym jakaś pani skomentowała, że miała pięć aborcji i teraz już wie, że to dramatyczna sytuacja. Zapytałem, czy do tego wniosku doszła po pierwszej, drugiej, trzeciej, czwartej czy piątej przerwanej ciąży. Czy też może dopiero wtedy, gdy już była w wieku menopauzalnym.

Punkt widzenia zmienia się, gdy ktoś z ich rodziny ląduje na fotelu ginekologicznym?

- A jakże! Ja miałem u siebie ludzi, którzy agitują przeciwko aborcji czy in vitro. Ale gdy sprawa dotyczyła członków ich rodzin, to nagle się im poglądy zmieniły.

 

I jeszcze pewnie miał pan być dyskretny.

- Oczywiście. A przychodzili posłowie, lekarze. Znajomy profesor, guru od zapłodnienia pozaustrojowego opowiadał, jak zadzwonił do niego biskup. Zapytał, czy może w jego rodzinie „by się nie dało?”. I dodał: „po znajomości taniej”, bo to w końcu rodzina.

 

Pan żartuje?

- Nie. Proszę pana, ja sam prowadziłem ciążę po zapłodnieniu pozaustrojowym w rodzinie jednego z naszych biskupów. Dziecko po in vitro. Urodziłem tego dzieciaka, a ksiądz biskup go chrzcił. Ale oficjalnie nauka Kościoła jest inna.

 

Ładnie to pan powiedział: Rodziłem to dziecko.

- Mnóstwo dzieci urodziłem.

 

Tak się mówi w tej branży?

- Jak najbardziej. Abstrahując od faktu, że jeśli się robi cesarskie cięcie – a dziś w Polsce to połowa porodów – to rzeczywiście ja rodzę.

 

Dlaczego w Polsce nadal jest tak, że gdy dziewczyna przyjdzie do ginekologa, to się boi, bo nie wie, czy lekarz nie odmówi jej pomocy?

- Za mną po Polsce jeżdżą protesty. Często pojawia się osoba na wózku, która obiera marchewkę. W jakimś wywiadzie powiedziałem, że nie każdy musi być lekarzem i nie każdy lekarz – ginekologiem. A jeżeli ktoś ma takie, a nie inne poglądy, to może być np. dermatologiem. Albo może sprzedawać marchewki.

To gorzki humor. Jeszcze bardziej gorzkie jest, że trzeba robić wywiad środowiskowy, jaką opcję reprezentuje lekarz, do którego się chce iść.

- W Wielkiej Brytanii rozwiązano to prosto: żeby otworzyć specjalizację ginekologiczno-położniczą, trzeba złożyć deklarację, że się będzie postępowało zgodnie z wiedzą medyczną, a nie z innymi uwarunkowaniami.

 

Czyli można?

- Można. I dla mnie to jest kluczowa sprawa. Problem mojego pacjenta czy pacjentki rozpatruję przez pryzmat wiedzy medycznej. Przez pryzmat moralny to mogę sobie rozpatrywać mój własny stosunek do samego siebie. Tu jest sytuacja lekarz - pacjent. I jeżeli pacjent deklaruje, że chce wybrać takie czy inne rozwiązanie, to moim obowiązkiem jest postępować zgodnie z polskim prawem i wiedzą medyczną, a nie zasłaniać się klauzulą sumienia.

Zadziałał pan kiedyś zgodnie z wiedzą medyczną, a wbrew sobie?

- Trudne pytanie.

 

Dlaczego?

- Każda sytuacja, w której dochodzi do podjęcia decyzji o akceptacji prośby pacjenta o zabieg przerywania ciąży, jest dla lekarza trudna. Proszę mi uwierzyć – to nie jest przyjemne, to nie jest ulga ani dla matek, ani dla lekarzy. To naprawdę jest wybór mniejszego zła. Bo nie ma dobrego rozwiązania. Każde rozwiązanie jest złe…

Wie pan, kiedy ja jestem najszczęśliwszym człowiekiem i lekarzem? W tej chwili. Przed chwilą zakończyłem zabieg cięcia cesarskiego, urodziłem piękną zdrową dziewczynkę. Prawie 4 kg. U pacjentki, która ma trombofilię, czyli nadkrzepliwość. Dziecko z jej poprzedniej ciąży żyje, ale było ciężkim wcześniakiem i do dziś ma problemy. Dlatego urodzenie tego zupełnie zdrowego dziecka dziś to największa frajda i radość.

A gdy przychodzi pacjentka z takimi wskazaniami, że będzie potrzebna decyzja o przerwaniu ciąży, to proszę mi wierzyć, że nikt z nas tego nie lubi robić. Naprawdę. Nikt.

 

Wiem, że nie potrafiłbym takiej decyzji podjąć. Nie mógłbym być lekarzem ginekologiem.

- Nie mógłby pan. Ale też trzeba znać drugi koniec.

 

Tego kija?

- Tak.

A jak ten drugi koniec wygląda?

- Jak poród z ciąży akranialnej, gdy płód nie ma kości pokrywy czaszki. Jak poród z ciąży z agenezją (brakiem – przyp. red.) nerek. Jak konsekwencje zespołu Pataua (m.in. wady narządu wzroku, rozszczep wargi lub podniebienia, anomalie kończyn, wady sercowo-naczyniowe i inne – przyp. red.). Jak konsekwencje zespołu Downa.

 

Powiedzmy jakie.

- W ogromnej większości są to dzieci na pewnym etapie bardzo kochane. Dzięki postępowi medycyny całkiem długo żyją. A potem umiera babcia. A potem umiera mama. A potem umiera tata – jeśli jest. Rodziny się rozpadają, bardzo często niestety nie wytrzymują tego mężczyźni, często mama zostaje sama z dzieckiem. Albo zostaje samo dziecko. Trafia wtedy do ośrodków, gdzie obcy się niby nim zajmują.

 

Bardzo kontrowersyjne jest to, co pan mówi.

- Jako dziecko mieszkałem piętro niżej od naszych przyjaciół, którzy mieli synka z zespołem Downa. Ja Wojtusia przez 12 lat uczyłem zawiązywać buty. Po godzinie wiązania Wojtuś zakładał pierwszą pętelkę. Następnego dnia zaczynaliśmy od nowa. On był szczęśliwym dzieckiem, dopóki żyła jego babcia. Gdy zmarła, Wojtuś się przestał zupełnie się rozwijać. Przestał mieć gdzie żyć.

 

Tylko wie pan, że dla zwolenników całkowitego zakazu aborcji nie jest to argument.

- Ale ja mam do nich jedną, prostą prośbę. Niech ktoś z nich przyjdzie i zadeklaruje: adoptuję dziecko pana pacjentki z zespołem Downa. Natychmiast namówię tę pacjentkę do tego, żeby ona to dziecko urodziła i oddała do adopcji. Do tej pory nikt z ruchów pro-life czegoś takiego nie zrobił. Czekam na listę posłów pro-life, które adoptują dziecko z zespołem Downa. Natychmiast będziemy walczyli, żeby te dzieci się urodziły. A teraz mogę tylko poinformować pacjentów, że ich dziecko będzie miało to schorzenie.

Odsyłałem kiedyś przyszłych rodziców, którym miało się urodzić dziecko z zespołem Downa, do przedszkoli integracyjnych – żeby poznali i zrozumieli, na czym to polega. Przestałem to robić. Wie pan, dlaczego? Bo miałem poczucie, że pośrednio namawiam tych rodziców do aborcji. Każda osoba, która zobaczyła gromadkę takich dzieci, przychodziła z decyzją o przerwaniu ciąży. Bo ogromna większość kobiet ciążę z downem przerywa.

 

Dlaczego?

- Nie widzą możliwości opieki nad takim dzieckiem. Bo to jest tak naprawdę totalne wywrócenie im życia.

 

Ale motywują swoją decyzję swoim życiem? Że to ich, a nie dziecka, życie będzie ciężkie?

- Oczywiście są osoby, które takie zobowiązanie podejmą. Ale jest ich mało. Gdy ludzie mają świadomość, że to decyzja na całe życie, często oznaczająca dla jednego z rodziców rezygnację z pracy… Wie pan ile zasiłku dostaje miesięcznie kobieta, gdy decyduje się rzucić pracę, by opiekować się dzieckiem?

 

Chyba wolę nie wiedzieć.

- Około 1700 zł miesięcznie na utrzymanie siebie i dziecka. Znacznie częściej spotykam się z podejmowaniem decyzji o kontynuacji ciąży z potężnym uszkodzeniem, gdy wiadomo jest, że to dziecko dość szybko umrze. Dla ludzi decyzja w tę czy w tamtą stronę jest bardzo trudna. A tu – choć to, przyznaję, brutalne - wiadomo, że natura prędzej czy później zadziała sama.

 

Załóżmy, że Sejm klepnie całkowity zakaz aborcji. Jak będzie?

- Kochany, ja będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

 

Jak to?!

- Niech będzie całkowity zakaz. Myślisz pan, że moi pracownicy są szczęśliwi, że dokonują takich zabiegów? Ile ja pytań usłyszałem od moich położnych: „panie profesorze, dlaczego my to musimy robić?„. Więc ja będę najszczęśliwszym facetem. Wiesz, dlaczego? Dlatego, że gdyby taka potrzeba zaistniała w mojej rodzinie, to ja wiem, gdzie za granicą bezpiecznie wykonać zabieg przerwania ciąży. Ja sobie poradzę. Gorzej z resztą społeczeństwa. Nikt sobie nie poradzi. Prawie żadna kobieta. Ale tak społeczeństwo zagłosowało. Dało mandat, który może zostać wykorzystany przeciwko polskim kobietom. Mam nadzieję, że następnym razem polskie kobiety trochę się opamiętają.

 

Ostro.

- Ale taka jest prawda.

 

Jakby były same sobie winne.

- To społeczeństwo, głosując, doprowadziło do tego, że może zostać w Polsce zmienione prawo na takie, które ogranicza prawa kobiet. Tylko, że dla wielu ludzi to, jak się dokonuje w Polsce w tej chwili zabiegu przerywania ciąży, jest wiedzą tajemną. Widzą rozklejane przez działaczy pro-life zdjęcia porozrywanych płodów.

 

To jak to dziś wygląda?

- Podaje się lek, który wywołuje poród. Szyjka macicy rozwiera się, rodzi się płód niezdolny do samodzielnego życia. Najczęściej w efekcie tego porodu płód obumiera. Nikt go nie rozrywa na kawałki. To jest normalnie urodzone dziecko – tak, jakby samoistnie matka poroniła w tym okresie ciąży.

Oczywiście są kobiety, które powiedzą: „tak, ja będę wychowywała, ja będę kochała„. Ale inne tak nie powiedzą. Czy my mamy prawo, jako społeczeństwo, zmuszać je do podjęcia innej decyzji, niż kobieta chce i czuje? Co to jest, nasza decyzja czy jak? Każdy odpowiada sam za siebie. A my próbujemy w tej chwili odebrać kobietom prawa absolutnie podstawowe.

 

Instytut Ordo Iuris, który przygotował projekt zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej,zarzuca panu, że mówi pan nieprawdę w filmie, w którym wieszczył pan koniec badań prenatalnych.

 

- A co mówią?

 

Odsyłają do swojego projektu. Tam nie jest wprost napisane, że akurat tych badań się zakaże.

- Ale jest napisane, że jeżeli dojdzie do niezamierzonego zgonu płodu, czyli na przykład w wyniku działań terapeutycznych dojdzie do zgonu wewnątrzmacicznego, lekarz może dostać do dwóch lat więzienia.

Czyli pod „działania terapeutyczne” łatwo da się podciągnąć diagnostykę prenatalną?

- Oczywiście! A każde działanie inwazyjne ma swoje ryzyko. Transfuzja dopłodowa na przykład ma stopień ryzyka taki, że co 50. kończy się zgonem. To niech mi pan pokaże kogoś, kto będzie te transfuzje robił, jeśli wie, że ma dwa procent ryzyka tego, że pójdzie na dwa lata do więzienia?

 

Ciężko będzie takiego znaleźć.

- Właśnie. Ja prowadzę jeden z największych w Polsce zespołów terapii prenatalnej. Zajmuję się tym prawie 40 lat. Zabiegów prenatalnych zrobiłem w życiu kilka tysięcy. Myślę, że ładnych kilkaset dzieci dzięki temu żyje.

 

Rachunek wychodzi na pana korzyść?

- Może wyjdzie, że nie jestem zbyt skromny, ale wiem, że na pewno jestem na dużym plusie. W prowadzonej przeze mnie klinice robi się w tej chwili najwięcej w Europie zabiegów na sercach płodów.

 

Jak duże jest serce płodu?

- Wielkości 20-groszówki.

 

Jakie zabiegi robi się na takim sercu?

- Na przykład poszerza zastawkę dwudzielną, mitralną, tak aby był odpływ z lewej komory. Bardzo szybko dogoniliśmy pod tym względem Zachód, moje Panie, specjalistki, uczyły się w Linzu. A dlaczego dogoniliśmy? Otóż dlatego, że w Polsce jest na szczęście duża grupa kobiet, dzielnych kobiet, które chcą o dziecko walczyć. Czyli, gdy dowiadują się, że jest chore, to chcą próbować je leczyć. Ta wada serca w zachodniej Europie, w Czechach, na Węgrzech, w Skandynawii jest podstawą do terminacji. Bo to przeżywa niewiele dzieci. A u nas dziewczyny walczą. Dlatego w ciągu czterech lat zrobiliśmy tyle zabiegów.

 

Niedawno rozmawiałem z dr Anitą Olejek z bytomskiego szpitala, zajmującą się głównie rozszczepami kręgosłupa płodu. Jak mi opisała, jak taki zabieg wygląda, to brzmiało jak cud.

- Bo to jest prawdziwy cud. Cud medycyny! A wie pan dzięki czemu możliwy? Dzięki diagnostyce prenatalnej! Warunkiem, żeby zacząć leczyć, czy jeszcze w trakcie ciąży, czy po porodzie, jest dobre rozpoznanie. A jeśli w szpitalu nie zrobią badań i nie rozpoznają wady, to zanim zorientują się, w czym rzecz, biedny dzieciak umrze. A wcale tak nie musiało być.

Ale to są sytuacje, gdzie jest co ratować. Ja niestety wiem, że są sytuacje, gdzie nie ma co ratować.

 

Na przykład?

- Na przykład jak dziecko nie ma nerek. W skali rocznej mam u siebie przynajmniej 10 takich ciąż. Dziecko rośnie sobie ładnie w macicy mamy, bo w okresie ciąży za jego nerki pracuje łożysko. A gdy się rodzi, to natychmiast niemal umiera. Wcale nie na niewydolność nerek, tylko dlatego, że nie ma wykształconych płuc. Skoro łożysko pełni funkcję nerek, to ono nie wydala moczu. Nie produkuje moczu, to nie ma płynu owodniowego. A jak nie ma płynu owodniowego, to nie wykształcają się płuca. I jak się rodzi, to umiera w ciągu godziny.

Więc ja muszę uczciwie kobiecie powiedzieć, jak to będzie wyglądało, jeśli zdecyduje się takie dziecko urodzić. Muszę powiedzieć, że jak się dziecko urodzi, to będzie ważyło 3 kg. Normalna ciąża, normalny poród – i dziecko zasypia. Bo ma niewydolność oddechową. I co jakiś czas spotykam się z mądrym, choć dramatycznym pytaniem: „Niech mi pan powie, kiedy ono się będzie mniej męczyło? Czy jak w tym 18. tygodniu przerwiemy ciążę, czy jak poczekamy do 40. tygodnia i ono się udusi?”.

Jak zrobić, żeby w Polsce było mniej aborcji?

- Których?

 

Wszystkich.

- A to już na starcie mamy problem. Bo są dwie zupełnie odmienne sytuacje: przerwanie ciąży ze względów społecznych i ze względów medycznych. Pierwsza ma miejsce, gdy kobieta nie zadbała o antykoncepcję, jest w ciąży, której nie chce i przychodzi ją przerwać. To jest dziś nielegalne. Na tych kobietach zarabia aborcyjne podziemie. Jakaś furtka powinna być, ale rzeczywistość taka, że „przychodzę sobie przerwać ciążę, bo nie chcę w niej być” – tak być nie powinno. Ja nigdy w życiu nie zrobię zabiegu przerwania ciąży za pieniądze. I ludzie to wiedzą, bo nikt nie przyszedł z tym do mojego prywatnego gabinetu przez ostatnie 20 lat. Żeby zminimalizować częstotliwość takich aborcji, potrzebne jest coś, czego obecnie w Polsce nie ma.

 

Czyli?

- Pełny, szeroki dostęp do antykoncepcji i porządna edukacja seksualna, oczywiście.

 

Widziałem ostatnio na Facebooku wpis rodzica, dumnego, że sprzeciwił się wprowadzeniu edukacji seksualnej w szkole dziecka.

- Dopóki córka nie przyjdzie w niepożądanej ciąży. Wie pan, gdy Trybunał Konstytucyjny zakazał przerywania ciąży ze względów społecznych, to kilka miesięcy później powinien być chociaż mały boom w liczbie urodzeń. A tu nic, zero. To, przepraszam, ludzie przestali współżyć? Nagle zaczęli stosować antykoncepcję? Ani w jedno, ani w drugie nie uwierzę. Wytworzyło się podziemie i turystyka aborcyjna. Nasze państwo tak naprawdę nie walczy z aborcją. Gdyby chciało, wzięłoby jakąkolwiek gazetę i przeczytało ogłoszenia pt. „AAA bezbolesne wywoływanie miesiączki”. Przecież to są ukryte reklamy prywatnych gabinetów, gdzie przerywa się ciążę.

 

A jak jest poza Polską?

- Dwa lata temu ukazało się badanie ze Szwecji. W niektórych regionach na próbę zapewniono pełny, bezpłatny dostęp do antykoncepcji. W innych regionach pozostawiono ograniczenie w postaci dostępu po wizycie u lekarza. Efekt? Liczba aborcji w tych regionach, gdzie dano dostęp, spadła trzykrotnie. W Szwecji natychmiast zmieniono przepisy. W Polsce, jak pan dobrze wie, dostęp do antykoncepcji jest zły, a najwybitniejszymi jej znawcami są członkowie Episkopatu Polski. Edukacji seksualnej też nie ma, bo ciągle słyszę, że zapłodnienie in vitro nie leczy niepłodności, bo nie przywraca płodności. A ja tu odpowiem: nie leczy się niepłodności, tylko się ją eliminuje przez to, że się posiada potomstwo! Jak się posiada potomstwo, to chyba się już nie jest bezpłodnym, prawda? Czy mi logika gdzieś szwankuje? Bo chyba nie.

Zupełnie czym innym jest przerwanie ciąży ze względów medycznych. Czyli kiedy ciąża wiąże się z ciężkim uszkodzeniem płodu albo zagrożeniem życia kobiety. Nie da się zmniejszyć liczby takich aborcji.

 

Dlaczego?

- Nie da się ograniczyć liczby wad rozwojowych. Postęp medycyny sprawił, że będziemy mieli w ciąży coraz mniej zdrowe kobiety – w ciążę zachodzą nawet takie, które 20-30 lat temu nie miałyby na to szans. A przede wszystkim nie miałyby szans na jej donoszenie. Choroby nerek, ciężka cukrzyca, choroby układu oddechowego kiedyś oznaczały koniec ciąży. Już nie. Jest postęp, który, mam nadzieję, się utrzyma.

Nie da się też ograniczyć liczby wad rozwojowych dzieci. Tylko, że ja w tej chwili mam otwarte pole działania. Mam ciążę, 27 tygodni. Mam dziecko 500 gramów. Umierające. Bo powinno być dwa razy więcej. Ale mogę zrobić pacjentce cięcie, urodzić tego dzieciaka, dać neonatologom na OIOM noworodkowy i powiedzmy 60-70 proc. tych dzieci przeżyje. Ale 40 proc. umrze. I zgodnie z tym projektem ustawy ja za któreś z tych 40 proc. pójdę do więzienia, bo wyjąłem je z macicy „za wcześnie”. Konserwatyści chcą chronić prawa zapłodnionej komórki od pierwszego dnia, zapominając zupełnie o prawach matki. Ona ma być worem na urodzenie tej komórki i koniec. Obecnie mogę ratować pacjentkę, gdy bezpośrednio zagrożone jest jej życie. Jeśli zmieni się ustawa, nie będę mógł zrobić pacjentce z ciążą pozamaciczną laparoskopii, żeby do tego zagrożenia życia nie doszło – bo to już nie będzie działanie w sytuacji zagrożenia życia! To jest absurd!

 

Może to nie przejdzie? Nie wiadomo, czy większość rządząca poprze ustawę.

- Może zdają sobie sprawę, że jeśli się do niej przychylą, to w następnych wyborach ludzie ich wytupią. Jeśli to dotknie tysiąca kobiet w Polsce, każda ma 100 znajomych, a każda z tych 100 kolejnych 100, to pójdzie fala. Tym bardziej, że żyjemy w kraju paranoi położniczej.

To znaczy?

- Z publikacji medialnych dowie się pan, jaki jest dramatyczny stan polskiego położnictwa. Że dzieci umierają, bliźniaki umierają, że warunki straszne. Tylko jakoś nikt nie sprawdzi, nie porówna statystyk, liczb. Mówiłem to wielu dziennikarzom, a jeszcze nikt tego nie napisał.

 

To proszę mówić, ja napiszę.

- Napiszesz? Że Polska jest drugim krajem w Europie, gdzie jest najniższy wskaźnik przedwczesnych porodów? Niższy jest tylko w Szwecji. Ryzyko porodu dla kobiet? Mamy wskaźnik umieralności dwukrotnie niższy niż w UE. A media swoje: „strach rodzić”. Wie pan, co jest w efekcie? Dramatycznie napisane rozporządzenie dotyczące porodu fizjologicznego. Kilka razy miałem taką sytuację, że pisałem opinię lekarską dla sądu i napisałem, że postępowanie lekarzy co prawda było niezgodne z wiedzą medyczną, ale zgodne z tym cholernym rozporządzeniem! Więc winny jest ten kto takie rozporządzenie wprowadził.

 

Dlaczego tak jest?

- Bo minister sobie wymyślił, że „my wam tu k***a pokażemy, jak leczymy, jak dbamy o polskie społeczeństwo i napiszemy, jak należy leczyć nadciśnienie w ciąży”! Tylko minister napisał bardzo słusznie i bardzo mądrze, ale w odniesieniu do 60 proc. kobiet. A 40 proc. trzeba prowadzić inaczej. Nie każda kobieta reaguje tak samo na konkretne leki. Wielu lekarzy pójdzie schematem rozporządzenia. Kobieta, owszem, będzie gorzej leczona, może umrze, ale lekarz będzie bezpieczny. A to chyba naprawdę nie o to chodzi. Dlatego ja mam to rozporządzenie, przepraszam, w dupie. I może pan to napisać. Będę miał kolejną kontrolę, ale i tak będę postępował zgodnie z moją wiedzą medyczną. Będę postępował tak, jak postępuje lekarz.

Prof. Romuald Dębski. Lekarz ginekolog, nauczyciel akademicki, doktor habilitowany nauk medycznych. Kierownik Kliniki Położnictwa i Ginekologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Szpitalu Bielańskim w Warszawie. Autor lub współautor ponad 100 publikacji z zakresu położnictwa i ginekologii, endokrynologii ginekologicznej i diagnostyki ultrasonograficznej.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego „Dziennika” i działu społecznego „Newsweeka”. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze i Instagramie.


http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20721842,zakaz-aborcji-prof-debski-to-co-lezy-w-sejmie-to-
roba.html

Joanna Pachla

6 godzin temu

tak, popieram #czarnyprotest

a do wszystkich zwolenników CAŁKOWITEGO zakazu aborcji, mam dzisiaj kilka pytań. sformułowanych w formie męskiej, ale panie zamienią sobie na odpowiednią dla siebie formę:

- ile razy dowiedziałeś się, że Twoja kobieta urodzi dziecko bez połowy czaszki, z mózgiem na wierzchu i wiszącą gałką oczną i powiedziałeś jej: spokojnie, to tylko kilka miesięcy, ponosisz je sobie w brzuchu, a później jakoś je przecież urodzisz?

- ile razy Twoja matka, siostra, żona była w ciąży pozamacicznej albo jakiejkolwiek innej, zagrażającej jej życiu, a Ty zabroniłeś lekarzom udzielać jej jakiekolwiek pomocy, bo przecież „życie”, które w sobie nosi, jest święte?

- ile razy Twoja matka, siostra, koleżanka ze studiów została zgwałcona i dowiedziała się o dziecku, a Ty powiedziałeś, że spoko, jakoś to będzie, pomogę Ci je wychować, a zimą będę zabierał na sanki?

- ile razy trzymałeś na rękach dorosłego człowieka, który od urodzenia przejawia czynności życiowe na poziomie sukulenta? ile razy pomogłeś jego matce go umyć, przewinąć, nakarmić?

- ile razy zrobiłeś przelew o wartości choćby 10 zł na dzieci przeraźliwie okaleczone, nieuleczalnie chore, których rehabilitacja pochłania miesięcznie kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt tysięcy złotych? ile razy matce takiego dziecka pomogłeś zrobić choćby zakupy?

- ilu spośród Twoich znajomych to ludzie sparaliżowani, przykuci do łóżek, zdeformowani, niezdolni do samodzielnej egzystencji? ilu z nich zdążyłeś już powiedzieć, że będziesz się nimi codziennie zajmował, gdy ich rodziców zabraknie?

bo jeśli ani razu, to mam jedną prośbę: milcz, bo mówiąc o całkowitym zakazie aborcji, tak naprawdę nie masz pojęcia, o czym mówisz.

Print Friendly

Obraz Polski – straszny i duszny!

Jutro w Sejmie ważny dzień! Będzie o zaostrzeniu prawa do aborcji, a raczej wymazaniu kompromisu zawartego w trzech punktach.

1. Kobieta może usunąć ciążę, kiedy ciąża zagraża jej życiu.

2. Kobieta może usunąć ciążę, jeśli płód tak jest wadliwy, że jego życie jest po porodzie niemożliwe.

3. Kobieta może usunąć ciążę z gwałtu, lub kazirodztwa.

Niestety, ale te punkty mają być zniesione i nastąpi całkowity zakaz aborcji, a kobiecie, która się jej dopuści, albo przyczyni się do poronienia, będzie  groziło więzienie.

Temat jest drażliwy i cholernie delikatny i właściwie ja Seniorka nie powinnam go podejmować, gdyż z racji wieku w ciążę już nie zajdę. Jednak mam dwie Córki i mam dwie Wnuczki i pragnęłabym, aby były one w demokratycznym kraju pod ochroną. By mogły decydować o swojej rozrodczości i ją planować. 

Niestety, ale wszystko zmierza do czegoś tak strasznego jak opisała to jedna z kobiet na Facebooku. Wszystkie drogi prowadzą do powrotu do średniowiecza, a ja się boję o moje, młode kobiety w rodzinie. Nigdy nie wiadomo jaki lekarz odmówi im leczenia ze względu na klauzulę sumienia:

Anka Grzybowska
Wczoraj o 07:55 · 
 

Dyrektorem szpitala na Madalińskiego był 12 lat temu niejaki Chazan. Profesor. Nie trawiłam sukinsyna.

Od początku wiadomo było, że będę miała cesarkę, bo inaczej Wojtka nie urodzę. Przyłazi Chazan:

- Co, pani redaktor? Myśli pani, że będzie miała pani jakieś specjalne traktowanie, tak? Poród siłami natury jest najlepszy i dla pani i dla dziecka. Dzieci rodzone przez cesarkę nie mają więzi z matką. Pani zdaje sie jest po rozwodzie, a dziecko jest innego ojca, tak? Za swoje grzechy trzeba płacić!

Dwa dni później wpadła do mnie przyjaciółka, też dziennikarka. Przytargała mi pieczonego kurczaka, zebym z głodu nie umarła. Wbijam zęby w drób – Chazan na obchodzie.

- No to co? Nadal upiera sie pani przy cesarce? No, ja tu widzę, ze niektórzy koledzy tez sądzą, że to jedyne wyjście. Ja znam inne – zgodnie z naturą i tym, co kobiety robią od setek lat! To jest wbrew przykazaniom!

W tym momencie odzywa się moja przyjaciółka:

- Witam, panie doktorze! Ta skrobanka, którą pan mi zrobił, była naprawdę genialna! Poznaje mnie pan? Dwa lata temu… Warto było zapłacić.

Nigdy więcej nie usłyszałam o porodzie „siłami natury”, a Chazan omijał mnie jak morowe powietrze.

Gdyby nie rozsądni lekarze – którzy wiedzieli, co to jest przysięga Hipokratesa – i mój charakter, mogłam przegrać bitwę o życie mojego syna. Nigdy, panie „profesorze” tego panu nie daruję. Nie ma pan zielonego pojęcia, co przeżywałam na szpitalnym łóżku, podłączona do pompy infuzyjnej i kroplówek. Nie wie pan, jak to jest, kiedy walczy się własnym ciałem o życie dziecka i słucha takiego idioty jak pan, a nocami zastanawia się, czy będę matką wytęsknionego syna czy nie. I jak to jest panicznie bać się decyzji jednego człowieka, od którego zależy życie mojego dziecka.

Pozdrowienia panie „profesorze”. Wbrew panu Wojtek ma dziś 12 lat.

Bardzo dziękuję tym wszystkim znakomitym ludziom, którzy udostępnili mój post o „profesorze” Chazanie. Jestem zaskoczona odzewem. Mam nadzieję, że ten człowiek dzięki Wam nigdy więcej nie zamieni najfantastyczniejszego dnia w życiu każdej matki w koszmar.

Dziękuję.

Print Friendly

Świat wstrzymał dzisiaj oddech!

Nie miałam dzisiaj za dużo czasu na Internet, bo real też ma swoje, bardzo ważne prawa i trzeba się przenieść do swoich obowiązków dla rodziny.

Jednak kiedy wieczorem odpaliłam komputer i zajrzałam oczywiście na Facebooka, to od razu zauważyłam, że świat wstrzymał oddech. Wstrzymał oddech i to nie z powodu ataku terrorystycznego, czy też kolejnej, okropnej wojny, a z powodu rozwodu najpiękniejszej pary świata, czyli Angeliny Jolie i Brada Pitta.

A wszystko zaczęło się tak:

Angelina Jolie i Brad Pitt poznali się w 2004 roku na planie filmu Pan i Pani Smith. Aktor był wtedy mężem Jennifer Aniston - oboje przez lata zapewniali, że ich romans zaczął się już po rozstaniu z gwiazdą Przyjaciół, jednak ostatecznie przyznali, że „trochę się pospieszyli”. Mają razem szóstkę dzieci: 15-letniego Maddoxa, 11-letnią Zaharę, 10-letnią Shiloh, 9-letniego Paxa oraz 8-letnie bliźniaki, Vivienne i Knoxa.

W sierpniu 2014 roku, dość niespodziewanie, postanowili zalegalizować swój związek. Słowa małżeńskiej przysięgi pomagały im pisać dzieci, które udekorowały też swoimi rysunkami suknię Angeliny.

Dzisiaj świat obiegła informacja, że w poniedziałek Jolie wystąpiła do sądu z pozwem rozwodowym, powołując się na „niemożliwe do pogodzenia różnice”. Domaga się wyłącznej opieki nad dziećmi, z możliwością sądownie ustalonych spotkań z Pittem.

Przez ostatnie 12 lat Angelina i Brad uchodzili za najważniejszą i „idealną” parę światowego show biznesu.

Rozwód

Kurcze blade dlaczego? Tak sobie pomyślałam od razu. Oczywiście prawda gdzieś jest pośrodku, ale bardzo zrobiło mi się dziwnie, bo z przyjemnością na nich patrzyłam  w filmach i prywatnie, kiedy media pokazywały ich fotosy. Jakaż Ona piękna i jakiż piękny On. Blask od nich bił z każdego zdjęcia.

Uważałam ich za bardzo udaną parę świata, taką, której nie jest w stanie nic rozłączyć, bo miłość przede wszystkim, a tu masz!

Rozwód i koniec związku i z tego można wnioskować, że miłość nie jest wieczna, a pieniądze też szczęścia nie dają – przykre!

A ja ze swoim Bradem już jestem 40 lat i przetrwaliśmy burze i oceany, tsunami i wciąż się kochamy! :D

Print Friendly

Zofia Posmysz, numer 7566 – nie wolno zapomnieć!

 Donata Subbotko 17.09.2016 01:03


http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,20703776,zofia-posmysz-numer-7566.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Duzy_Format

Auschwitz może się powtórzyć. Toczy się walka dobra ze złem i teraz świat znowu idzie w złym kierunku. Tego się obawiam. Z Zofią Posmysz rozmawia Donata Subbotko.

Teatr Wielki – Opera Narodowa otwiera jutro sezon 2016/2017 operą „Pasażerka” powstałą na podstawie powieści Zofii Posmysz (1923) – więźniarki obozów Auschwitz i Ravensbrück, pisarki, współautorki m.in. scenariusza do filmu Andrzeja Munka pod tym samym tytułem.

„Pasażerka” to jedyne dzieło operowe o zagładzie w Auschwitz. Skomponował je w 1968 r. Mieczysław Wajnberg, polski kompozytor żydowskiego pochodzenia mieszkający w ZSRR. Libretto napisał Aleksander Miedwiediew. Opera przez lata nie była wystawiana ze względów politycznych. Jej światowa premiera – w inscenizacji brytyjskiego reżysera Davida Pountneya – miała miejsce w 2010 r. w Bregencji w Austrii, zaraz potem odbyła się premiera polska. Od tamtej pory dzieło prezentowano m.in. na scenach Londynu, Houston, Nowego Jorku, Chicago, w grudniu opera będzie pokazywana w Chinach. W niedzielę 18 września i we wtorek 20 września będzie ją można ponownie zobaczyć w Polsce, w Teatrze Wielkim w Warszawie.

Z Zofią Posmysz rozmawia Donata Subbotko 

DONATA SUBBOTKO: Co ludzie mówią, gdy widzą na pani ręce wytatuowany numer? 

ZOFIA POSMYSZ:

Kiedyś od razu pytali, co to jest. Obóz? A który? Teraz już wiedzą, że to nie jest numer telefonu.

Telefonu? 

- Jechaliśmy kiedyś z mężem pociągiem do Paryża, w Kolonii wsiadła para Niemców. Miałam krótki rękawek, mężczyzna spojrzał i pyta, czy 7566 to numer telefonu. Myślałam, że żartuje, więc mówię, że tak. Zdziwił się, że wolę mieć numer na ręce, nie w notesie. No to mu powiedziałam, że to nie ja wybiłam sobie ten numer, tylko mnie wybito, w takim miejscu, które się nazywa Auschwitz. Przeprosił.

Ma pani za sobą trzy lata w Auschwitz, marsz śmierci, pobyt w Ravensbrück i Neustadt-Glewe, 93 lata – i tak ładnie pani wygląda. 

- Żartuje pani, jestem na ostatnich nogach. Wróciłam wczoraj z Oświęcimia, byłam na spotkaniu z grupą z Niemiec.

Ciągnie tam panią? 

- To mój obowiązek. Skoro przeżyłam, to chyba po to, żeby mówić o tym, co było.

Raz znalazłam się w grupie byłych więźniów, których zaproszono do Drezna na spotkanie z młodzieżą. Było mi wstyd, kiedy słyszałam panie, które potrafiły tylko płakać: „Och, ja byłam taka nieszczęśliwa, tak mi się chciało do mamusi”. Młodzież tylko patrzyła, niczego się nie dowiedziała. Przecież nie chodzi o to, żeby rozczulać się nad swoim cierpieniem. Nie o to.

A co z nim zrobić? 

- Milczeć, o tym nie mówić. Dlatego tak nie znoszę pytań w stylu: „A co pani czuła, kiedy panią bili?”. A co można czuć, jak cię walą w mordę?

Pewnie są też różne inne rzeczy, o których nigdy pani nie powie? 

- Nie wszystko jest do powiedzenia, ale staram się odpowiadać na konkretne pytania. Jeżeli np. dziewczyna mnie pyta, ile otrzymywałyśmy podpasek higienicznych, mówię, że żadnych. Tylko tyle. Kiedy pada bardziej ogólne pytanie, co mnie przeprowadziło przez obóz, też mam trudności. Unikałam sytuacji bardzo niebezpiecznych, ale dlaczego przeżyłam śmiertelne choroby obozowe, tyfus i czerwonkę? Zwykle mówię, że widocznie Bóg tak chciał, ale nie wiem, czy słuchają mnie wierzący, czy niewierzący, a nie chcę nikogo nawracać.

Nie każdemu, kto przeżył takie rzeczy, została wiara. 

- Tak, jedni mówią, że Boga nie ma, inni, że był na urlopie, jeszcze inni, że był tam z nami, cierpiał. Moja najbliższa przyjaciółka Marta straciła wiarę w obozie. Przywieźli z Radomia całą jej rodzinę: mama umarła, ojca, męża i braci rozstrzelali. Poznałam ją w Birkenau, pracowała przy sąsiednim kotle. Spadł jej na nogę gorący kocioł z tzw. herbatą i chodziła z paskudną raną. Zaprzyjaźniłyśmy się. Okazało się, że ma w obozie dwie siostry, którym udało się dostać do szwalni, ale głodują. Wiedziałam, że dzieli swoją porcję i im zanosi, to się do tego dołączyłam.

Czyli możliwa była przyjaźń w obozie? 

- Tamte przyjaźnie były dozgonne. Już wcześniej, w pierwszych miesiącach pobytu w Auschwitz, tych najtrudniejszych, miałam dowody troski ze strony osoby, która była słabsza ode mnie.

Tej, którą nazwała pani Ptaszką? 
- Tak, dziewczyna z „Wakacji nad Adriatykiem” – z tej powieści jestem zadowolona jako najbardziej werystycznej z moich książek. Ptaszka w rzeczywistości miała na imię Zosia. Skrzypaczka, ale w obozie nie chciała grać. Mogła się uratować, gdyby poszła do orkiestry, ale nie chciała. „Dla nich grać nie będę” – powtarzała. Zresztą nie wierzyła, że przeżyje. Mówiła: „Ja stąd nie wyjdę”. I nie wyszła.

Mnie przez obóz przeprowadziła wiara. Pod koniec szkoły powszechnej w Krakowie katecheta zaproponował, żebyśmy przez dziewięć miesięcy każdego pierwszego piątku miesiąca przystępowały do komunii. Kto odbędzie taką nowennę, nie umrze bez sakramentu. Gdy w Oświęcimiu zobaczyłam więźniarkę wiszącą na drutach, zrozumiałam: ja tego nie zrobię, nie umrę tutaj, bo jak bez tego obiecanego sakramentu?

W tyfusie dziesięć dni leżałam w gorączce, 40 stopni. Bez leków. Płynów tyle, ile pani Maria, więźniarka pełniąca funkcję pielęgniarki, dla mnie zaoszczędziła, ssałam też szron z okna nad moją pryczą. Którejś nocy straciłam przytomność. Zobaczyłam kielich z płatkiem Eucharystii i pomyślałam, że jednak umieram. Co to było? Wizja, sen? Rano obudziła mnie pani Maria, wkładała mi pod pachę termometr – w obozie nie było lekarstw, ale termometry były – i powiedziała, że gorączka spadła. Jakiś czas później Marię, której nazwiska nie poznałam, wezwano do obozowego gestapo i zabito zastrzykiem z fenolu.

Zaraz po tyfusie miałam biegunkę głodową, nie mogłam się już podnieść na łóżku. W tym czasie kierownictwo lagru po raz pierwszy zdecydowało się zorganizować w obozie komando lekarzy-więźniów. Pojawił się dr Mąkowski. Zobaczył, jak wyglądam, i mówi: „Wytrzymaj jeszcze tę noc”. Nie spałam, rano przyniósł buteleczkę z lekarstwem przemyconym z lazaretu SS. Potem zdecydował o odesłaniu mnie z rewiru, ratując przed odwszeniem, które nieraz wiązało się z wielogodzinnym staniem na mrozie, czego w tym stanie bym nie przeszła. Uratował mi życie.

Jak znalazła się pani w obozie? 
- Gdy wybuchła wojna, miałam 16 lat. Chodziłam na tajne nauczanie, gdzie – jak przed wojną – uczyłam się m.in. niemieckiego, co mnie potem ocaliło. Ktoś na nas doniósł. Wpadło gestapo. Byłam tylko ja i trzech chłopców. Kolega miał ulotki. Był lojalny, podczas przesłuchań w więzieniu na Montelupich mówił, że nie mam z tym nic wspólnego. Po półtora miesiąca mnie wywieźli. 30 maja 1942 r.

Wiedziała pani, dokąd pani jedzie? 

- Strażniczka powiedziała. Weszła rano i kazała kobietom szykować się na transport do Oświęcimia. Mówiła po polsku, była ze Śląska. Człowiek na gestapo, który mnie bił, też mówił po polsku. O Oświęcimiu coś już słyszałam. Tata był kolejarzem, odbywał trasy w kierunku Katowic, tam miejscowi opowiadali, że powstał jakiś straszny obóz, gdzie ludzie giną z głodu i chłodu albo ich mordują.

I jak pani zareagowała? 

- A wie pani, że się ucieszyłam?

Jak to? 

- Wydawało mi się, że nie może być nic gorszego niż więzienie, ciągłe przesłuchania i bicie, strach, że w końcu mnie zmuszą do powiedzenia czegoś, czego bym nie chciała.

Jechałyśmy pociągiem osobowym, w cywilizowanych warunkach. W Oświęcimiu na dworcu przejęli nas strażnicy obozowi, szłyśmy pieszo do głównego obozu. Zobaczyłam napis „Arbeit macht frei” i pomyślałam: nic złego, nie boję się roboty, jeśli będę dobrze pracować, to mnie zwolnią, zwłaszcza że nie mam żadnej poważnej sprawy. Nie miałam świadomości, czym jest obóz.

Przyjechało nas ponad 50 kobiet, kazano nam się rozebrać i wykąpać, ale nie było normalnej łaźni, tylko kadzie z wodą do płukania kartofli. Dostałyśmy po kawałku brązowego mydła i musiałyśmy się w tej kadzi wykąpać. Nie chciałam wejść, wtedy po raz pierwszy zostałam uderzona – dostałam w twarz od więźniarki funkcyjnej, pojęcia kapo jeszcze nie znałam. A potem była noc, absolutnie bezsenna. Miliony pcheł.

Szybko trzeba się było wdrożyć w dyscyplinę, unikać kija. O pół do czwartej apel, o szóstej wymarsz i praca w polu, rozbijałyśmy skamieniałe skiby ziemi. Mdlałyśmy. Niosło się z pola te nieprzytomne do obozu. Czasem funkcyjne je dobijały. Jak to się wytrzymywało, nie wiem, byłyśmy skrajnie wyczerpane, a jeszcze kogoś nieść?
Też byłam tak niesiona. Na bramie przy liczeniu komanda usłyszałam głos: „Mein Gott, so jung”, jaka młoda. Ocknęłam się, a nade mną pochyla się twarz esesmanki. Z autentyczną troską to powiedziała. Pomyślałam, że może nie będzie tak źle, skoro oni są jeszcze zdolni do współczucia.

Potem trafiłam do Wasserkomando, oczyszczałyśmy stawy z szuwarów. To był maj, ale jeśli się stoi w wodzie przez cały dzień, to ta woda jest zimna. Zaziębiałyśmy się, kobiece sprawy, wie pani.W czerwcu nasza 200-osobowa grupa została skierowana do karnej kompanii za to, że jedna z dziewczyn uciekła. Po dwóch miesiącach było nas 147.Co to była za kompania? - W podobozie w Budach, 4 km od Oświęcimia. Tu było gorzej niż w głównym obozie. Spałyśmy w dawnej wiejskiej szkole na siennikach. Jedna umywalka, zajmowały ją więźniarki funkcyjne, kapo – cztery Niemki, kryminalistki i prostytutki. Na zewnątrz studnia, nalewano nam wodę chochlą do kubków, pół litra dziennie. Niektóre z nas były tak heroiczne, że nie piły tej wody, tylko się myły. Inne szydziły. Czytała pani „Zengerin”? Tam o tym pisałam.

Tytułowa Zengerin to pani? 

- Tak. Jakie to ma znaczenie?

Pisała pani jak o kimś obcym. 

- Zawsze łatwiej.
jest przeznaczona do ubicia, tyle że ładnie śpiewa. 
- Miałam dobry głos, kazano mi śpiewać dla szefa komanda. Jeśli pobił którąś z nas – a bardzo to lubił – i padałyśmy nieprzytomne, to często funkcyjne kończyły za niego dzieło. Lora, Truda, Toni i czwarta, nazywana przez nas Krową, tak na nas ryczała. No, to były sadystki. Może Toni bardziej ludzka.

Panował potworny głód. Nie było dodatku dla ciężko pracujących: jedna trzecia chleba kilogramowego, do tego margaryna czy kwark, rodzaj sera. W głównym obozie można się było przed głodem ratować, tutaj nie. Na szczęście w sierpniu skończyła się nasza kara i przeniesiono nas do obozu Birkenau.

Birkenau jako obóz zagłady kojarzy się gorzej niż główny obóz, koncentracyjny. 

- Dla Polek było odwrotnie. Ludzie sądzą, że Oświęcim był wciąż i dla wszystkich taki sam. To nieporozumienie. Każdy więzień ma swój Auschwitz, jak powiedział pięknie Władysław Bartoszewski. Jedna relacja nie może dać obrazu całości. Wszystko zależy od tego, gdzie się było, kto kim był.

W Birkenau Polki mogły pracować pod dachem, co nie było dla nas dostępne wcześniej, w głównym obozie. Praca pod dachem dawała nadzieję. Żydzi tego nie mieli. Ci, którzy byli przywożeni na rampę, nie trafiali do obozu, tylko do komory gazowej. Spalone mięso – to był zapach dominujący.

Pierwsze tygodnie pracowałam jeszcze w polu, ale raz na blok wpadł esesman. Nie wiem, dlaczego ustawiłam się w pierwszym szeregu – nigdy tego nie robiłam, byłam już na tyle cwana, że chowałam się w środku. To był szef kuchni, wybrał mnie i kilka osób do obieralni kartofli. Ogromny awans.

Po dwóch miesiącach znowu była wybiórka, kilka kucharek zapadło na tyfus i przyszli do obieralni po nowe kobiety. Miałam miskę kartofli, wstałam, żeby zanieść je do basenu – a oni mnie wzięli jako pierwszą. Praca w kuchni oznaczała szansę na przeżycie.
To nie trwało długo, w listopadzie 1942 r. zachorowałam na tyfus – już opowiadałam. Gdy mnie uratowano, byłam posługaczką przy chorych. Na tym by się skończyło, ale znów – wie pani, to były cuda – zjawił się esesman z kuchni. Od razu się zgłosiłam, powiedziałam, oczywiście po niemiecku, że już tam pracowałam i że jestem zdrowa. Udało się. Obsługiwałam kotły do czerwca 1943 r., kiedy wymieniano męską załogę esesmańską na damską i do obozu trafiły nadzorczynie z Ravensbrück. Wśród nich Aufseherin Franz, która została szefową kuchni. Potrzebowała Polki znającej niemiecki. Zadała mi kilka pytań i poleciła prowadzenie księgowości. I tak już było do końca. Nastał lepszy czas.

Pewnie inaczej odczuwa się mijanie czasu przy takiej intensywności przeżywania? 

- Wszystko zależało od etapu. Na początku myślałam, że jeśli przeżyłam trzy kwadranse, to przeżyję trzy następne. Potem, gdy była większa szansa na przetrwanie, myślało się tylko o tym, jak jej nie stracić, nie zachorować. Najgorsze były te miesiące, kiedy szalał tyfus. Wszy były wszędzie. I w ogóle przerażające insekty. Pluskwy, pchły. I szczury. Gdy leżałam chora na czerwonkę, jeden gryzł mi palec u nogi. Widziało się, jak szczury obgryzały ciała tych już nieżyjących. I jak hasały po stosach zwłok pod blokami. Rzeczywistość niewyobrażalna. A ludzie sami szli na druty. W nocy budził mnie ten straszny głos, nie wiedziałam, że tak krzyczy człowiek rażony prądem.

Dzisiaj wracają tamte wspomnienia, kiedy coś się dzieje na ulicy, biją kogoś, ktoś krzyknie. Czasem wystarczy, że włączę radio i leci walc Straussa albo operetkowe arie Lehara czy Kalmana. Natychmiast jestem w obozie. Orkiestra to grała.
Ludzie się poddawali, łatwiej było umrzeć, niż przeżyć? - Ja tutaj nie umrę – to sobie powtarzałam. Mnie się nic nie może stać.Płakała pani? 

- W obozie nigdy.

Po obozie? 

- Zdolność do płaczu odzyskałam kilka lat po wojnie.

Obóz to sprawił czy wychowanie? 

- Byłam normalnym dzieckiem, skłonnym do wzruszeń. Kiedy słyszałam „Legiony to żołnierska nuta…” czy inne patriotyczne pieśni, to, ojej, oczy miałam pełne łez.

A dzisiaj? 

- „My, Pierwsza Brygada” zawsze mnie rozczula.

Co się porobiło z tym patriotyzmem teraz? 

- Ostentacyjnego patriotyzmu, egzaltacji nie lubię. Gesty na pokaz, fanatyczne postawy nie są potrzebne. Dlatego gdy ktoś zaczyna ze mną gadkę od tego, że trzeba być patriotą, mówię za Słowackim: Polska, Polska – dobrze, ale jaka?

W 1945 r. wracałyśmy z moją Martą pieszo z obozu Neustadt-Glewe. W Poznaniu na dworcu odmówiono nam bezpłatnego biletu na pociąg do Krakowa. Nasza gromadka mówi: „Przecież wyszłyśmy z obozu”. Urzędniczka: „Numer to każdy może sobie napisać”. Jakiś czas później Marta powiedziała: „Nie takiej Polski chciałam”. I wyjechała.

W jakim stanie pani wracała? 

- Jeżeli przeszłam pieszo spod Hamburga do Poznania, to znaczy, że miałam kondycję.

W domu zastałam mamę piekącą placki kartoflane wprost na blasze, biedactwo nie miała nawet tłuszczu. Ona i mój młodszy brat nie mieli z czego żyć, tatę Niemcy zastrzelili w 1943 r. Musiałam im pomóc. To był mój cel. Pewnie dlatego nie przechodziłam traumy obozowej. Wyjechałam do Warszawy, do siostry, która podczas wojny wyszła za mąż za warszawiaka, uczyłam się i pracowałam. Męczyły mnie sny, że Franz opuściła obóz i zostałam wyrzucona z pracy. Widocznie to był największy mój lęk w tym ostatnim okresie.

Pamiętam, jak jechałam z Warszawy do Krakowa, wiozłam swoją pierwszą pensję i pierwszą paczkę z UNRRA, 5 kg jedzenia. W paczce konserwy, olej i inne wiktuały. Mama się zdumiała i powiedziała: „Teraz ty jesteś naszym ojcem”. To była najszczęśliwsza chwila w moim życiu. Po to przetrwałam.

Kiedy pojechała pani do Oświęcimia pierwszy raz po wojnie? 
- W czerwcu 1945 r., z mamą. Chciała zobaczyć, jak tam „mieszkałam”. Gdy jej pokazałam, nie chciała widzieć nic więcej, kazała zapomnieć i nigdy tam nie przyjeżdżać.Co jej pani pokazała? - Blok 27 w Birkenau, ten tyfusowy, jest tuż za bramą. Wszystko było otwarte, jeszcze nie było żadnych władz, po obozie grasowali miejscowi czy może przyjezdni poszukiwacze skarbów po Żydach.Pokazałam mamie swoją pryczę – najwyższą, najlepszą – chociaż gdybym z niej spadła, a w gorączce mogłam spaść, byłoby po mnie. Mama popatrzyła i spytała: „W tych szufladach spałyście?”. Bo spałyśmy po sześć, siedem na jednej koi. Mówię, że tak. Mama nic nie powiedziała, tylko że już idziemy. Przyjechałyśmy do domu, nie odpowiadała na żadne pytania.

Jakie cechy trzeba było mieć, żeby przetrwać obóz? 

- Niezależnie od przekonania, że się przeżyje, trzeba było umieć się zachować. Aż śmieszne, jak kłamałam esesmanom w żywe oczy. Był taki Taube, morderca urodzony, chodził ze swoim komando Niemek na blok 25, gdzie leżały chore, żeby je dobijać. Potrafiłam go kiedyś okłamać, a gdybym się zawahała, skończyłabym tak samo. To było w 1944 r. Do naszego baraku trafiło komando więźniów stolarzy, mieli coś dobudować. Chcieli, żebym im przechowała gitarę, którą zorganizowali na rampie po selekcji. Zdziwiłam się: po co im gitara? W moim kąciku pracy była kozetka dla Aufseherin Franz. Więzień włożył gitarę pod wałek i poduszkę, miał ją zabrać po robocie. Jakby na złość, tego samego dnia wpadł tam esesman, spojrzał na kozetkę i do mnie: „Kann man gut ficken” ["Można się fajnie p...lić"].

Młoda, ładna dziewczyna… 

- Udałam, że nie rozumiem. Ale generalnie esesmanów to nie poruszało, może o tyle, że kiedyśmy się kąpały, przychodzili do sauny. Stali i się gapili, lubili patrzeć. Uważali, że my z kuchni jesteśmy dobrze odżywione, ubrane. No, rzeczywiście miałyśmy ludzki wygląd.

Wyciągnął się więc na tej kozetce, położył głowę – a tam gitara. Nazajutrz wezwano mnie do Taubego i głównej nadzorczyni SS w kobiecym obozie. Bez mrugnięcia okiem wytłumaczyłam, że przecież w męskiej orkiestrze obozowej brakuje gitary i dlatego więźniowie ją zorganizowali. Uznali, że to możliwe.

Bez moralizowania opisuje pani w „Wakacjach nad Adriatykiem” m.in. relacje homoseksualne w obozie. 

- Może mocniej zostały mi w pamięci inne obrazy. Para więźniów, kobieta i mężczyzna, kochających się na stojąco w komorze, do której nosiło się trupy z rewiru. Albo widok wielu par leżących za barakiem. W 1944 r. zaczęły się naloty na Oświęcim i obozy były zagrożone, esesmani po alarmie musieli opuszczać obóz, my oczywiście zostawaliśmy. To był czas, kiedy do kobiecego obozu przychodziły komanda jeńców sowieckich do budowy drogi. Któregoś dnia wychodzę po alarmie z bloku i widzę, że koło rowu leżą ci rosyjscy więźniowie z kobietami. Wycofałam się. Dużo ludzi przypadkowo dobranych.

Moja kapo w kuchni była w relacji z inną więźniarką funkcyjną, także Niemką. Mimo że homoseksualizm był karany, to był jak gdyby oficjalny związek. Władze to wiedziały i czasem tolerowały.

Dziś znowu mamy „podludzi” – homoseksualistów, niekatolików, uchodźców, ludzi gorszego sortu… 

- Proszę pani, ja przeżyłam Oświęcim, to jak mi pani może mówić, że ktoś jest „gorszy”? To ja też jestem gorsza.

Dlaczego pani jest gorsza? 

- Bo nie godzę się z takim patrzeniem na człowieka. Ocenianiem go według tego, czy on wyznaje to lub tamto, jak i z kim żyje i jakie ma poglądy. Chyba że są to poglądy zbrodnicze. Na to zgody być nie może. W każdym człowieku szukam człowieczeństwa.

Czy Auschwitz czegoś nas nauczył? 

- Jednych tak, innych nie. Zawsze wierzyłam, że człowiek jest dobry, ale i dobry człowiek może być wciągnięty w zbrodniczą ideologię. Przecież to ludzie ludziom zgotowali ten los, że odwołam się do Nałkowskiej.

Auschwitz może się powtórzyć. Toczy się walka dobra ze złem i teraz świat znowu idzie w złym kierunku. Tego się obawiam.

Człowiek taki jak ja, który był tam i widział, jaki jest skutek faszyzmu, nacjonalizmu, ksenofobii, jakie to owoce już kiedyś przyniosło, zawsze będzie przeciwko temu.

Czym wytłumaczyć przyzwolenie na agresywny nacjonalizm? - Proszę ode mnie nie oczekiwać oceny politycznej. Powtórzę tylko za Bartoszewskim, że warto być przyzwoitym, tyle bym rekomendowała każdemu pojedynczemu człowiekowi. I tyle.Co pani zabrał obóz? - Nie wszystko jest do publikacji, ale – mówiąc ogólnie – zdrowie.

I głos. Po tyfusie trzy miesiące nic nie mówiłam. Jakoś to przeszło, ale o śpiewaniu nie było już mowy.

Myślę, że straciłam też zdolność do pewnych uczuć. Po obozie inaczej widziałam sprawy miłości. Seks nie był najważniejszy.

Miała pani męża. 

- Ale to był dobry i mądry człowiek, znowu miałam szczęście. Była między nami więź duchowa. Może to moje podejście do miłości wzięło się od poznania w obozie Tadeusza.

Tadeusz Paolone, pseudonim „Lisowski”, stał się bohaterem pani opowiadania „Chrystus oświęcimski”, ale występuje także w pani najsłynniejszej książce „Pasażerka”. Był w pani zakochany? 

- Nie wiem, w swoich grypsach tego nie wyrażał, ale pięknie pisał.

Kapitan Wojska Polskiego, dziesięć lat starszy ode mnie. W 1940 r. chciał dotrzeć do armii polskiej na Zachodzie, przedarł się przez granicę, ale dopadli go Słowacy i oddali w ręce gestapo. Był w pierwszym męskim transporcie do Auschwitz. Numer 329. Poznałam go w czerwcu 1943 r., 11 października rozstrzelano go z grupą kilkudziesięciu oficerów. Był jednym z przywódców obozowego ruchu oporu. Kazał sobie strzelać w twarz, jak żołnierzowi.

A o nadzorczyni SS Annelise Franz, o której napisała pani „Pasażerkę”, ciągle nic nie wiadomo? 

- O Boże, to jest nowa historia! W 2010 r., przy okazji światowej premiery opery „Pasażerka” w Bregencji, zgłosił się do mnie dziennikarz z pytaniami, co o niej wiem. Nic nie wiedziałam. Rok temu dostałam od niego list, że odnalazł jej ślad. Ona sobie po wojnie żyła w Niemczech, miała dwoje dzieci, wcześnie umarła, w 1956 r. Czyli kiedy w końcu lat 60. wydano za nią nakaz aresztowania, było już po wszystkim.

Pani i tak ją rozgrzeszyła? 

- Gdybym została wezwana na świadka, powiedziałabym tak, jak było – że wobec mnie była w porządku. A wie pani, że ona podobno pochodziła z Görlitz, czyli ze Zgorzelca? Z domu nazywała się Jankowicz, jej mama była katoliczką, czyli albo była Polką, albo pochodzenia polskiego.

Jutro opera „Pasażerka” wraca na scenę Teatru Wielkiego. 

- Oglądając ją wiele razy, w różnych miejscach świata, wciąż odkrywam dla siebie muzykę Wajnberga, pewne fragmenty kojarzą mi się z obozem. Skąd on mógł wiedzieć to wszystko? Libretto odbiega od książki, autor wprowadził elementy zbyt patetyczne, hasła w stylu „Nigdy nie zapomnimy”.

Zapominamy? 

- Co z tego zostanie, czy ci, którzy teraz mnie słuchają, potrafią to przekazać swoim dzieciom? Nie łudzę się. Ale chyba po to jeszcze żyję, żeby przywoływać pamięć o tamtych ludziach. „Ocalałeś nie po to aby żyć/ masz mało czasu trzeba dać świadectwo” – pisał Herbert. Inaczej przecież już dawno nie powinnam żyć. Nie żyje mój brat, nie żyją moje siostry, nie żyje mój mąż.

Powiedziałaby pani coś dobrego o swoim życiu w obozie? 

- Przeżyłam tam coś najważniejszego, poznanie Tadeusza.

A co pani myśli, gdy patrzy na swoje obozowe fotografie, na tę dziewczynę w pasiaku? 

- Miewałam lepsze zdjęcia.

Wywiad-rzekę Michała Wójcika z Zofią Posmysz wyda w styczniu Znak

Print Friendly

Ja chyba mam rosyjską duszę – moje kino

Jejku, jejku! Jakaż ta Rosja jest piękna. Rosja wielka i dumna, w której mieszkają gdzieś tam w Tajdze silni ludzie.

Odkryłam w sobie duszę rosyjską już dawno i wszystko mnie ciekawi, co dzieje się w tym kraju. Nie interesują mnie nawet tak bardzo Chiny, czy też Japonia, a właśnie interesuje mnie niezmierzona i nie do końca poznana Rosja.

Kto chce poznać ludzi Rosji i politykę tego kraju niechaj sięgnie po film „Lewiatan”. Kto chce się dowiedzieć jaka korupcja jest w Rosji, to właśnie polecam ten film.

Jednak Rosja jest też inna, gdzie nie dociera prawie wcale cywilizacja i ludzie żyją gdzieś w głębi Tajgi, którzy zdani są tylko na siebie. Muszą walczyć by przeżyć, gdyż najdłuższą porą roku jest siarczysta zima z temperaturą poniżej 50 stopni. 

Ludzie się tam zahartowali i nie straszna jest im wielka rzeka skuta lodem. Polują, łowią wielkie ryby, zbierają drzewo na opał, walczą z niedźwiedziami. 

Zauroczył mnie ten film i opowiadam o nim tak:

Szczęśliwi ludzie: rok w Tajdze

Jak dla mnie to zapierajcy dech dokument Herzoga. Pozytywny, obiektywny, zapadający w pamięć. Pokazuje ciężkie życie i walkę o przetrwanie mieszkańców małej miejscowości Bakhtia, położonej nad rzeką Jenisej w samym sercu Syberii. Czy codzienność jest walką o przetrwanie czy poddaniem się naturze, pełną jej akceptacją i przystosowaniem do ciężkich warunków i klimatu panującego na Syberii? Na to pytanie musimy odpowiedzieć sobie sami oglądając dokument. Dla mnie fascynujące jest życie z dala od cywilizacji, bez narzuconych sztucznie zasad i procedur, całkowite zdanie na siebie i przyrodę. Dla innych może być to niewyobrażalne. W każdym bądź razie dokument Herzoga pokazuje realia życia i jego rytm wyznaczany przez zmieniające się pory roku w surowym, syberyjskim klimacie. Malownicze krajobrazy, ciekawi ludzie, dzika przyroda – to wszystko, dlaczego warto obejrzeć ten film, który jest nakręcony w 2010 roku. My w Polsce i na świecie mamy ciepłą wodę w kranie. Mamy pralki automatyczne i telewizory i jesteśmy naszpikowani technologią, a Oni tam mają jeno siekiery i własnoręcznie wydłubane łodzie. Nie skarżą się na swój los i robią wszystko, by robić zapasy żywności, by przeżyć i nakarmić swoje rodziny. Piją alkohol i są często pijani, ale ten alkohol pomaga im w przeżyciu i walce o przetrwanie. 

Polecam.

 

 

Print Friendly